Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, choć minęło już dobre kilka lat. Siedziałem wtedy w moim małym, wynajętym mieszkaniu na obrzeżach miasta, a za oknem lał deszcz tak gęsty, że świata za szybą prawie nie było widać. W pracy zwolnili mnie trzy tygodnie wcześniej, nie powiedzieli nawet porządnie dlaczego. Ot, restrukturyzacja. Zostałem sam z rachunkami, które piętrzyły się na stole, i z ciszą, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa. I wtedy, zupełnie przypadkiem, trafiłem na
kasyno vavada. Nie szukałem go specjalnie. Kolega z dawnych lat rzucił mimochodem, że tam można oderwać się od rzeczywistości na godzinę czy dwie. A ja potrzebowałem właśnie tego — uciec.
Zaczęło się niewinnie. Zarejestrowałem się, wrzuciłem symboliczną stówkę, tak na próbę. Myślałem, że to będzie jak gra na telefonie, coś, co zajmie mi myśli na chwilę. Pierwsze spiny poszły szybko. Przegrałem. Potem drugie, trzecie. Złość rosła mi w gardle, ale nie taka zwykła złość — to była złość na cały świat, na byłą szefową, na kumpli, którzy przestali dzwonić, gdy przestałem mieć pracę. I wtedy, kiedy już miałem zamknąć laptopa, wpadła mała wygrana. Niewielka, ale wystarczająca, żeby coś we mnie drgnęło. Ta iskra sprawiła, że zapomniałem o deszczu, o rachunkach, o pustce. Wróciłem do kasyna vavada następnego wieczoru.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak jakieś wielkie objawienie. Ale prawda jest taka, że przez następne tygodnie vavada stała się moim schronem. Nie chodziło nawet o pieniądze. Chodziło o ten stan, w którym człowiek przestaje myśleć o tym, co go boli. Kiedy kręcą się bębny albo karty rozdają się na ekranie, nie ma miejsca na lęk. Jest tylko ta jedna chwila. Skupienie. Oddech. Serce wali jak oszalałe, a ty zapominasz, że za oknem świat się wali. Zacząłem grać wieczorami, czasem w nocy, gdy nie mogłem spać. Budziłem się rano, patrzyłem na saldo i czułem mieszankę wstydu i ciekawości. Co będzie dziś? Może się odbiję? Może wygram na tyle, żeby zapomnieć o całym tym bałaganie?
Pewnego piątku, kiedy już prawie nie miałem na koncie nic, co mógłbym przelać, postanowiłem zagrać ostatni raz. Nie planowałem cudów. Chciałem tylko poczuć ten dreszcz jeszcze raz, zanim rzeczywistość mnie dopadnie. Włączyłem laptopa, wszedłem na vavada i wybrałem automat, którego nigdy wcześniej nie ruszałem. Ot, taki kaprys. Pierwsze obroty — nic. Drugie — nic. Trzecie — drobna wygrana. A potem, zupełnie niespodziewanie, wpadła seria. Nie jakaś gigantyczna, ale na tyle duża, że mogłem odetchnąć. Spłacić zaległy czynsz, kupić jedzenie, zapłacić za prąd. Siedziałem wtedy na krześle i śmiałem się sam do siebie jak wariat. Nie z radości, że wygrałem. Ze zdziwienia, że los w końcu dał mi chwilę wytchnienia.
Ta noc nauczyła mnie czegoś dziwnego. Że uciekanie od problemów nie jest rozwiązaniem, ale czasem trzeba gdzieś przeczekać burzę. vavada była dla mnie takim schronem. Nie chwalę się tym, bo wiem, że nie każdemu się tak układa. Ale ja trafiłem na moment, w którym kasyno nie zabrało mi resztek, tylko dało mi oddech. Przestałem grać zaraz potem. Nie dlatego, że się bałem. Po prostu poczułem, że już nie muszę. Znalazłem pracę, powoli poskładałem życie. Czasem wracam myślami do tamtych wieczorów. Do dźwięku automatów, do tego uczucia, że przez chwilę jestem gdzieś indziej. I wiem jedno — to była moja prywatna ucieczka, która na szczęście skończyła się dobrze. Dziś patrzę na to z uśmiechem, ale i z pokorą. Bo wiem, że gdyby nie tamten jeden wieczór, może do dziś siedziałbym w deszczu i patrzył w sufit.