Kiedy straciłem pracę w fabryce mebli, nie powiedziałem o tym nikomu. Ani żonie, ani synowi, ani nawet temu kotu, który przychodził do mnie na klatkę schodową i patrzył na mnie jak na kogoś, kto jeszcze coś znaczy. Wychodziłem rano jak zwykle, w roboczych spodniach, z kanapką w kieszeni, i jeździłem tramwajem po mieście. Czytałem ogłoszenia. Piłem kawę na stacjach benzynowych. Siedziałem w parku, dopóki nie zrobiło się ciemno. A potem wracałem do domu i udawałem, że wszystko jest w porządku. Trwało to trzy tygodnie. Trzy tygodnie kłamstwa, które zjadało mnie od środka. Któregoś wieczoru, kiedy żona spała, a ja siedziałem w piwnicy przy starym komputerze, natrafiłem na
vavada pl. Nie pamiętam nawet, jak tam trafiłem. Może przez jakąś reklamę, może przez przypadek. Ale zostałem.
Piwnica była moim schronieniem. Miałem tam stary fotel, lampkę, radio i ten komputer, który ledwo ciągnął. Żona myślała, że majsterkuję przy narzędziach. Syn myślał, że piję. A ja siedziałem i gapiłem się w ekran. Pierwszy wieczór na vavada pl był krótki. Wpłaciłem sto złotych, przegrałem w dwadzieścia minut i wróciłem na górę z poczuciem, że jestem najgłupszym człowiekiem w tym mieście. Ale następnego dnia wróciłem do piwnicy. I znowu. Bo tam, na dole, w tym blasku monitora, nie byłem bezrobotnym facetem po czterdziestce, który nie ma odwagi powiedzieć prawdy. Byłem kimś, kto gra. Ktoś, kto ma szansę. Ktoś, kto może jeszcze coś wygrać.
Zacząłem czytać. Serio. Siedziałem godzinami i czytałem o strategiach, o zasadach, o tym, jak działają automaty. Zapisywałem sobie w zeszycie, który trzymałem pod kluczem, bo przecież nikt nie mógł wiedzieć, że facet, który nie potrafi powiedzieć żonie prawdy, prowadzi notatki o grze w kasynie. Brzmi żałośnie? Może. Ale wtedy to była jedyna rzecz, która mnie trzymała przy życiu. Nie żartuję. Były noce, kiedy myślałem o tym, żeby po prostu wyjść z domu i nie wracać. Ale potem przypominałem sobie, że mam jeszcze konto na vavada pl i że może dzisiaj będzie ten dzień. Może dzisiaj wygram. I to mnie zatrzymywało. Głupie, prawda? Ale prawdziwe.
Pewnej nocy, już po drugiej, siedziałem w piwnicy i grałem. Kot z klatki schodowej przyszedł do mnie, jak co wieczór, i ułożył się na moich kolanach. Głaskałem go jedną ręką, a drugą klikałem. I wtedy coś się stało. Zobaczyłem, że wygrywam. Nie sto, nie pięćset. Wygrałem dwadzieścia tysięcy złotych. Dwadzieścia tysięcy. Patrzyłem na ekran i nie wierzyłem. Potem sprawdziłem jeszcze raz. I jeszcze raz. Kot spojrzał na mnie, jakby pytał, czy wszystko w porządku. A ja zacząłem płakać. Płakałem jak dziecko, w tej ciemnej piwnicy, z kotem na kolanach i z ekranem, na którym świeciła liczba, której nie mogłem ogarnąć. Bo to nie były tylko pieniądze. To był dowód, że nie wszystko stracone. Że jeszcze coś mi się należy. Że los mnie widzi.
Następnego dnia powiedziałem żonie prawdę. Wszystko. O pracy, o trzech tygodniach kłamstwa, o piwnicy, o vavada pl. Myślałem, że mnie zabije. Że mnie wyrzuci. A ona usiadła, popatrzyła na mnie i powiedziała: dlaczego mi nie powiedziałeś? I wtedy zrozumiałem, że przez te wszystkie tygodnie nie bałem się jej reakcji. Bałem się tego, że będę musiał zobaczyć w jej oczach to, co widziałem w lustrze. Że jestem słaby. Że sobie nie radzę. Ale ona nie patrzyła na mnie jak na słabego. Patrzyła jak na kogoś, kto wrócił. I to było więcej warte niż te dwadzieścia tysięcy. Choć te dwadzieścia tysięcy też się przydało. Zapłaciliśmy długi. Pojechaliśmy nad morze. Kupiliśmy synowi komputer, o którym marzył od roku.
Nie gram już codziennie. Czasem zajrzę na vavada pl, żeby przypomnieć sobie ten wieczór. Tę noc, kiedy kot spał na moich kolanach, a ja płakałem z radości. Bo to nie była wygrana. To było coś w rodzaju przebaczenia. Dla siebie. Za te trzy tygodnie kłamstwa. Za strach. Za to, że wolałem siedzieć w piwnicy niż powiedzieć prawdę. Dziś mówię prawdę. Czasem boli. Ale nie muszę już uciekać. A kot? Kot nadal przychodzi. Ale teraz karmię go na górze, w kuchni, przy żonie. I to jest najlepsza wygrana, jaką kiedykolwiek dostałem.